Kurs angielskiego z Education First na Malcie – czy było warto?

Dopiero co pakowałem się na wyjazd, a już – nie wiem nawet kiedy – minęła moja miesięczna przygoda z Maltą. To więc ostatni, podsumowujący tekst związany z kursem angielskiego z EF Polska. Jeśli jesteście ciekawi co było ok, a co bym zmienił, chcecie poznać moje rady na temat Malty oraz wyjazdu i w końcu, jeśli chcecie się dowiedzieć czy warto było wydać kasę, czytajcie dalej! 

Ponieważ ten tekst ma być podsumowaniem i ewentualną pomocą dla tych, którzy się wahają postanowiłem rozpisać podsumowanie w konkretnych podpunktach, żeby było jak najbardziej konkretnie i żeby łatwo się czytało. No to nie ma co, zaczynam!

Postępy językowe

To zdecydowanie najważniejsza kwestia w podsumowaniu kursu językowego. Jak oceniam swoje postępy?

Przede wszystkim – i to jest główna zaleta tego wyjazdu w mojej opinii – pozbyłem się bariery mówienia po angielsku, która wynikała z pewnego rodzaju wstydu. Co więcej nastąpiło to już pierwszego dnia. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się tego, bo to był dla mnie wielki problem odkąd pamiętam.

Największą rolę w tej kwestii odgrywa fakt, że wszyscy, dosłownie wszyscy na takim kursie są w dokładnie tej samej sytuacji. Przyjeżdżają żeby uczyć się angielskiego, są sami i po prostu muszą rozmawiać po angielsku.

Wiadomo, pozostaje kwestia różnego poziomu znajomości języka, nie wszyscy przecież przyjeżdżają z takimi samymi umiejętnościami. Uwierzcie mi – to naprawdę nie jest problemem. Każdy ma świadomość tego, że reszta znajduje się w podobnym położeniu, nie ma więc mowy o wyśmiewaniu czy nieżyczliwości.

Jeżeli chodzi o poziom – określany jest on na podstawie testu on-line, wypełnianego jeszcze przed przyjazdem (listening, reading) + krótkiej rozmowy w pierwszy dzień. Mój poziom na wstępie to C1, z takim też opuściłem Maltę po miesiącu (zwiększając wynik punktowy). Warto zwrócić jednak uwagę, że test końcowy nie obejmuje już rozmowy, co według mnie należałoby poprawić. Prawda jest też taka, że ja nie wierzę tego typu testom, ale to już jest zupełnie inny – szerszy temat, a poza tym wiadomo, że prawdziwe znaczenie mają certyfikaty typu FCE, TOEFL itp., do których, swoją drogą, taki wyjazd może Was przygotować.

Po miesiącu kursu czuję się dużo pewniej, o czym już wspominałem, zapamiętałem bardzo dużo wyrażeń, zwrotów i słówek nie tylko ze szkoły, ale także z luźnych rozmów po zajęciach i co więcej – mam chęci do dalszej nauki, odkąd wróciłem do Polski. Dużo swobodniej czuję się z angielskim, a co ciekawe, po powrocie nadal zdarzyło mi się jeszcze myśleć po angielsku (na Malcie było to standardem).

Zajęcia

Same zajęcia podobne są do innych zajęć angielskiego, nie są to jednak nudne lekcje, jak w szkole. Owszem, jest praca z podręcznikiem, kserówki, ćwiczenia, gramatyka. Ale to tylko podstawa. Jest bardzo dużo zabawy, dyskusji, a lekcje są luźne i dostosowane do uczniów.

Oczywiście bardzo wiele zależy od nauczyciela. Ja w ciągu miesiąca miałem okazję pracować z czterema różnymi prowadzącymi (jedna nauczycielka od lekcji głównych, dwoje  od lekcji głównych podczas zastępstwa oraz jedna na zajęciach ze słownictwa/ gramatyki/ debat).

Każdy z nich miał inny styl, każdy prowadził zajęcia na swój sposób. I to było bardzo fajne – nie nudziłem się. W tym miejscu warto dodać, że nie ma problemu ze zmianą grupy (ze względu na nauczyciela lub nieodpowiedni poziom) – wszystko można załatwić jedną rozmową.

Zajęcia odbywały się codziennie (pn-pt), na zmiany – poranne lub popołudniowe. Oprócz zajęć głównych (ogólnych), dostępne są tzw. spin classes, czyli zajęcia, które można dostosować do swoich potrzeb (ja wybrałem słownictwo, gramatykę oraz debaty, a o tym pisałem więcej w pierwszym wpisie). Oprócz zajęć w klasach, co jakiś czas mieliśmy zajęcia w pracowni komputerowej (gdzie sami rozwiązywaliśmy zadania na komputerach). Tu warto dodać, że dostęp do tych zajęć on-line jest możliwy jeszcze pół roku po ukończeniu kursu, a jest tam mnóstwo różnych tematów i zagadnień. Dobra opcja dla tych, którzy chcą się uczyć nadal.

Wielkość grup była różna, ale zazwyczaj to 10-15 osób. W mojej grupie miałem przyjemność współpracować  m.in. z kolegami z Niemiec, Francji, Szwajcarii, Belgii, Meksyku, Kanady, Kolumbii, Japonii, Brazylii, Włoch, Portugalii, Argentyny. Dobre jest też to, że co poniedziałek pojawiają się nowe osoby (kursy zaczynają się w każdy poniedziałek). To sprawia, że przez miesiąc można poznać naprawdę wiele nowych osób.

Wśród zajęć znajdują się także nieobowiązkowe wykłady (raz w tygodniu), o których niestety nic nie powiem, bo jakoś zawsze wybierałem w tym czasie piwo na plaży… Poza tym ja nie lubię wykładów.

Rodzina goszcząca

Rodzina goszcząca to darmowa opcja zakwaterowania (wliczona w cenę kursu). Polega to na tym, że każdy z kursantów przydzielony jest do lokalnej rodziny i mieszka z nią na czas kursu. W cenie jest pokój dwuosobowy, więc trzeba mieć świadomość konieczności dzielenia pokoju z innym studentem (za dopłatą można mieszkać w pokoju jednoosobowym).

Przed wyjazdem trochę się tego bałem i zastanawiałem się czy nie jestem za stary na takie atrakcje, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. W cenie wliczone są dwa posiłki dziennie od pn do pt (śniadanie + kolacja) oraz lunch w weekendy.

W tym temacie nie obyło się bez przygód. 😉 W trakcie mojego pobytu na Malcie mieszkałem w dwóch miejscach. Tydzień u jednej rodziny goszczącej, pozostałe 3 tygodnie u drugiej. Powodem była lokalizacja.

Pierwsza rodzina goszcząca mieszkała ponad godzinę drogi autobusem od szkoły, co bardzo mi nie odpowiadało. Będąc jedynie miesiąc na Malcie, nie chciałem tracić ponad dwóch godzin na same dojazdy do szkoły/do centrum (bo szkoła znajduje się w tzw. Las Vegas Malty –  w mieście, w którym najwięcej się dzieje). Na szczęście zmiana rodziny nie była problemem i wiele osób zmieniało swoje rodziny, za każdym razem bez problemu.

Co do moich współlokatorów – w obydwóch przypadkach byli to Francuzi (24 i 20 lat). Ani przez chwilę nie czułem się źle w ich towarzystwie i uważam, że ta opcja zakwaterowania to kolejna okazja do szlifowania angielskiego!

Same rodziny goszczące były bardzo miłe i pomocne, choć wiem, że nie wszyscy byli zachwyceni. Nie chcę się wypowiadać za innych, bo wiadomo jak to jest – czasem wystarczy sprzeczność charakterów, żeby nie być zadowolonym.

Mogę mówić o sobie i ja wspominam swój pobyt u rodzin całkiem dobrze. Nawet mimo tego, że w drugiej rodzinie była cała kartka zasad domu, która bardzo mnie bawiła. Czułem się jak na obozie młodzieżowym, ale koniec końców nie miałem z tym problemu. Zdawałem sobie sprawę, że jestem gościem w czyimś domu.

Rodziny proszone są przez EF o rozmawianie po angielsku oraz o wspólne kolacje. Z tego powodu, u mojej drugiej rodziny goszczącej (i wiem, że tak jest u większości rodzin) panowała zasada obowiązkowej obecności na kolacji o określonej porze. Chodzi o wspólne spędzanie czasu i rozmowę po angielsku. Ta zasada akurat mi się nie podobała, bo musiałem zadeklarować się do 16 czy będę jadł kolację w domu czy nie. Co śmieszniejsze, nie mogłem sobie podgrzać i zjeść później – albo jem wspólnie, albo nie :D.

Różne historie o rodzinach goszczących słyszałem, od mega pozytywnych, po różne dziwne, związane z absurdalnymi zasadami. Dobre jest to, że naprawdę w każdej chwili można zmienić miejsce pobytu, jeśli tylko coś nie odpowiada. Ja byłem zadowolony ze swoich rodzin i jakbym miał jechać drugi raz, też wybrałbym rodzinę goszczącą.

Nowi ludzie i przyjaźnie

Nauka nauką, ale to jest jedna z ważniejszych zalet kursu z EF. W ciągu miesiąca poznałem mnóstwo ludzi z całego świata, z którymi nadal mam kontakt. Nigdy wcześniej nie miałem znajomych z Japonii czy Ameryki Południowej. Ba, nawet – mimo tego, że trochę podróżuję – nie miałem okazji ich poznać będąc za granicą!

Czas spędzaliśmy wspólnie praktycznie codziennie – od poniedziałku do piątku podczas zajęć oraz po zajęciach, a w weekendy również organizowaliśmy sobie wspólne wypady. Super sprawa! Do tej pory mam kontakt z kilkoma osobami, z którymi najbardziej się zakolegowałem, nawet w planach jest spotkanie w Krakowie z pewną parą z Argentyny.

Zajęcia dodatkowe z EF

Jest ich mnóstwo. Nie ma dnia, w którym nie byłoby w planie jakiejś aktywności z EF. Są dwa rodzaje zajęć dodatkowych – płatne i darmowe. Płatne to najczęściej wycieczki z przewodnikiem, ale nie tylko. Na Malcie popularnością cieszyły się np. „Safari Gozo Jeep Tour” czy zjazd pomiędzy klifami na tyrolce. Można było wybrać się na tradycyjny maltański obiad, pójść na kurs salsy, zagrać w kręgle i wiele wiele więcej. Ponadto w stałym harmonogramie znajdowały się aż 3 imprezy w tygodniu (pn: welcome party, śr: midweek party, pt: graduation party). Dla rannych ptaszków joga o 7:30, klub dyskusyjny dla lubiących debatować, itd.

Te dodatkowe aktywności to kolejna okazja do poznania nowych ludzi. Ja osobiście skorzystałem z jednej płatnej wycieczki w pierwszym dniu, bardziej z ciekawości. Była to objazdówka po kilku ważnych miejscach Malty – dobry punkt wyjściowy dla kogoś, kto wcześniej na Malcie nie był. Jeżeli chodzi o zajęcia darmowe, chętnie uczestniczyłem w poniedziałkowych spotkaniach z nowo przybyłymi osobami oraz klubach dyskusyjnych.

Malta

Sama Malta to piękny, mały kraj wielkości Krakowa. 3 urocze wyspy, a każda z nich kryje inne atrakcje. No i najważniejsze z mojego punktu widzenia: słońce + woda :). Poza tym inne nastawienie ludzi, bardzo dużo różnorodności, otwartości i uśmiechu.

Mimo niewielkiej powierzchni, zdecydowanie jest co zwiedzać. Mówi się, że na Malcie jest 365 kościołów, więc każdego dnia w roku można zwiedzić inny. BTW, ta informacja ciekawie zestawia się z faktem, że na Malcie dozwolone są małżeństwa jednopłciowe i pary te mogą adoptować dzieci. Piszę to w kontekście otwartości i podejścia ludzi do innych osób.

Hmm, może to ta ilość słońca wpływa na to, że na Malcie żyje się lepiej? 🙂

Malta to idealne miejsce na kurs połączony ze zwiedzaniem, którym można zająć się nawet po zajęciach, a nie tylko w weekendy. Przy okazji, jeśli ktoś planuje dłuższy pobyt, warto sprawdzić ceny lotów, np. na Sycylię. To bardzo blisko i często koszt podróży jest niewielki.

Moje rady

Po pierwsze: nie zadawać się z Polakami :D. Poważnie, a jeśli już, to mówić tylko po angielsku. Ja trzymałem się tej zasady (w wersji numer 2) przez większość czasu, choć przyznaję szczerze, że nie zawsze. Poznałem kilka Polek i naprawdę staraliśmy się rozmawiać wyłącznie po angielsku, ale czasami mózg już parował od wysiłku, więc zdarzały się rozmowy po polsku. Na Malcie było bardzo dużo Niemców i Francuzów i oni zdecydowanie nie stosowali tej reguły – zazwyczaj rozmawiali w swoim języku. Odradzam 🙂

Po drugie: wychodzić na spotkania organizowane przez EF. Mam na myśli wszystkie spotkania integracyjne (bezpłatne). U nas np. były to poniedziałki. Spotkania odbywały się z okazji przybycia nowych studentów i były bardzo luźne. Miejscem był bar, gdzie na każdego czekało darmowe piwo na przełamanie lodów oraz pizza. Naprawdę to idealna okazja do poznania nowych osób w luźnej atmosferze.

Po trzecie: załatwiać problemy od razu. Nie podoba Ci się rodzina goszcząca, masz problem z dojazdami, bo mieszkasz za daleko, jesteś w grupie gdzie poziom jest za wysoki – wszystko zgłaszaj od razu. Obsługa w szkole jest bardzo miła (łącznie z dyrektorem, który wygląda jakby kochał to co robi najbardziej na świecie), więc polecam zgłaszać się z każdym pytaniem czy problemem. Szkoda tracić cennego czasu, będąc niezadowolonym z jakiegoś powodu.

Po czwarte: nie spać, zwiedzać. No jak już jest się za granicą, trzeba wykorzystać fakt, że to taka mała wyspa. Większość można zwiedzić na spokojnie, korzystając z wolnych weekendów, a nawet po zajęciach w tygodniu. Czy z pomocą EF czy na własną rękę – nieważne. Ale trzeba. Malta jest piękna!

Po piąte: nie bać się zagadać. Każdy na kursie jest w tej samej sytuacji – najczęściej bez znajomych. Wystarczy uśmiech, “hello, how are you”, a potem już z górki.

No to było warto?

Zdecydowanie tak i na pewno chciałbym zostać dłużej. Jeśli zastanawiacie się nad czasem trwania kursu, według mnie miesiąc to minimum. Co prawda były osoby, które były krócej (nawet na tydzień), ale to według mnie mija się z celem.

W moim przypadku pierwszy tydzień zleciał tak szybko, że nawet nie wiem kiedy. To dobry czas na zaaklimatyzowanie się. Kolejne 2 tygodnie mijają na luzie, a w ostatnim już człowiek żałuje, że musi wrócić. Gdybym tylko miał więcej kasy, chętnie poświęciłbym ją na kolejne tygodnie nauki.

Jeżeli o mnie chodzi, oprócz tego, że czuję się dużo pewniej mówiąc po angielsku, czuję też, że ten wyjazd otworzył mnie bardziej na świat i ludzi. Zrozumiałem, że chcę jeszcze więcej podróżować, poznawać i eksperymentować, a nie siedzieć w biurze i klikać pół życia w klawiaturę. No bo kiedy, jak nie teraz? 🙂

Zniżka Black Friday

Na koniec zostawiam Was z linkiem do specjalnych okazji przygotowanych przez EF w związku z Black Friday:
– 200 zł za każdy tydzień kursu
– tydzień lub 2 tygodnie kursu za darmo przy wyjeździe kolejno na 5 lub 10 tygodni

>>>

Skomentuj